Życie układa nam się różnie. Niektórzy od razu po ślubie wiją sobie własne gniazdko (na tzw. swoim kredycie), inni wprowadzają się do rodziców – coby być może przyoszczędzić i odłożyć na własne cztery kąty. Są też szczęściarze dostający mieszkanie po kimś.
No i jesteśmy jeszcze my – ci wynajmujący.

My z mężem mieszkamy na stancji od połowy 2016 roku. Wprowadziliśmy się dokładnie tydzień po ślubie i zawsze będę powtarzała, że to była najlepsza decyzja ever. Bardzo dobrze wspominam tamto mieszkanie. Nazywaliśmy go domem przez niespełna rok i nagromadziliśmy tam masę ważnych wspomnień. Do tej pory, jeśli przechadzam się po ulicy przy której stoi blok robi mi się cieplutko na sercu.

Uwielbiałam w tym mieszkaniu to, że oboje nie byliśmy z nim przedtem w żaden sposób związani i wszystkie wspomnienia z tego miejsca dotyczyły wyłącznie tego pierwszego roku małżeństwa.

Później zdecydowaliśmy się wyjechać. Dokładnie w maju miną 4 lata odkąd jakiś dom w Anglii nazywamy tymczasowo swoim.

Ten, kto na stancji mieszkał choć raz wie, że ma to wiele minusów. Pewnie więcej niż plusów. Jednocześnie też, moim zdaniem, bardzo dużo uczy.

Dystansu

To akurat bardziej w odniesieniu do mieszkania w Anglii bo tak się składa, że mieszkamy w tzw. En-suite apartment co znaczy, że do mieszkania dołączona jest łazienka i mini aneks kuchenny a większą kuchnię współdzielimy z innymi mieszkańcami budynku.

I o ile krew mnie zalewa, gdy po raz kolejny widzę, że ktoś ujebał cała kuchenkę podczas gotowania i w ogóle nie pokusił się o jej uprzątnięcie, to zaraz myślę sobie: i po co te nerwy? Nie mój cyrk nie moje małpy. Uwalona to uwalona.
Nauczyłam się mieć do tych rzeczy dystans, bo wiem że to tymczasowe i że nadejdą czasy, gdy nie będę już miała problemów z syfiastymi lokatorami.

Kwestionowania potrzebnych rzeczy

Był taki czas zaraz po wprowadzeniu do mieszkania, że ja non stop coś kupowałam. A tu jakieś firaneczki, a tu dywanik, a tu jeszcze pościelka, kocyki, mebelki i inne takie. Słowem wszystko co choć trochę mogło ocieplić nasze mieszkanko, żeby czuć się w nim przytulniej.

Dziś praktycznie nic nie kupuję. Fakt, większość rzeczy jest więc nie mam potrzeby, ale też dlatego, że niemal zawsze stojąc w sklepie przed jakimś szalenie (nie)ważnym wyborem kupna nowych dodatków uświadamiam sobie, że mi się wcale nie chce tego domu urządzać. I że te wszystkie pierdostojki zachowam do własnego mieszkania.

Okazuje się, że jest naprawdę sporo rzeczy, których wcale nie potrzebuję. Na teraz.

Cieszenia się tym, co mam

Gdy wiesz, że jakiemuś projektowi przypisana jest data ważności, mam wrażenie, że nieco bardziej się tym cieszysz. Nie wiem, może tylko ja tak mam, ale często gdy sobie rozkminiam, że dana sytuacja jest tymczasowa i że jeszcze będę wspominała jaki to była beztroski i fajny etap w życiu, to od razu napełnia mnie jakaś taka radość i wdzięczność za to co mam.

Myślę, że właśnie to poczucie tymczasowości, które chyba większość z nas przypisuje mieszkaniu na stancji, sprawia że łatwiej przychodzi refleksja, że rzeczy (i ludzie) nie są dane raz na zawsze i że czy zajebiście, czy chujowo w danym momencie, to ten etap minie.
I jak wówczas będziemy go wspominać?

Oczywiście tak jak wspominałam – wciąż uważam, że mieszkanie na stancji nijak się ma do mieszkania na swoim i że gdybym mogła wybierać to wiadomka, że bym wolała na swoim. Tylko nie zawsze mamy taki wybór, a życie to nie poczekalnia od punktu A do punktu B. Życie toczy się tu i teraz więc mimo pewnych niewygód udaje mi się widzieć w tym wszystkim plusy.