Ponad pół roku minęło od ostatniego dziennika. Mój pobyt w Polsce chylił się wówczas ku końcowi i pamiętam, że już się denerwowałam bo powrót do Anglii oznaczał powrót do pracy stacjonarnej. Oczywiście – któż by się temu dziwił – nie napędzała mnie ta wizja motywacją.

Koniec końców – nowy szczep wirusa mocno w tym pomógł – jeszcze kolejne 4,5 miesiąca pracowałam z domu.

SKOŃCZYŁO SIĘ RUMAKOWANIE

Tak, tak – moja praca zdalna dobiegła końca. Od połowy kwietnia pracuję z biura. Swoją drogą mam takie dwa przemyślenia – po pierwsze nieustannie zadziwia mnie tempo w jakim człowiek się przestawia i dostosowuje do nowych sytuacji. Pierwszych kilka dni było strasznych jeśli chodzi o poziom zmęczenia codziennym wczesnym wstawaniem i późnymi powrotami, ale już jest naprawdę nieźle. Ograniczyłam nawet kawę więc chyba o czymś to świadczy. Druga sprawa, którą zauważam to generalnie podejście ludzi pracujących stacjonarnie do tych wykonujących pracę z domu i to pełne przeświadczenie, że w domu się obijasz i pracujesz na maksymalnie 50%. O ile w ogóle.

NIE BĘDĘ SIĘ PRZESILAŁA

Hm, ja mam takie podejście do pracy, że dopóki swoje obowiązki wykonujesz na 100%, to możesz równie dobrze cały dzień oglądać seriale i to w ogóle nie powinien być niczyj problem. Byłabym hipokrytką gdybym powiedziała, że pracując zdalnie pracowałam ciężej niż normalnie – miałam kiedyś taki epizod w karierze zawodowej – pracowałam z domu pewnie 2x ciężej, dodatkowo w weekendy ciągle byłam podpięta do kanałów społecznościowych. Było to nie tylko niedocenione, ale jeszcze czelendżowane okropnie – ile spędziłaś czasu nad tym, ile nad tym, tylko to zrobiłaś, czemu tego nie zrobiłaś? Z czasem stwierdziłam więc, że w dupie to mam i skoro ktoś nie docenia mojej ciężkiej pracy, to nie będę się przesilała.

Poza tym, co mnie OKRUTNIE wpienia (i mówię to na przestrzeni całego mojego zawodowego życia, a pracowałam łącznie w 14 różnych miejscach. Tak, liczyłam!) jest w firmach takie debilne przeświadczenie ze strony (niektórych) przełożonych, że jeśli wykonujesz swoją robotę szybciej to 1) masz za mało obowiązków 2) trzeba ich trochę dojebać. Dlatego rzecz, którą wykonalibyśmy w pół godziny, rozkładamy sobie na 5 dni, żeby później nikt się nie przypierdalał. Tylko czemu miałby, skoro podczas nawiązywania współpracy dokładnie jasno ustaliliśmy zakres wymagań i obowiązków. Takie cwaniactwo – podwyżki nie dam, ale tak po cichu zacznę dopierdalać obowiązków, koniec końców pracownik będzie wykonywał podwójną robotę, ale się nie kapnie, bo dodatkowe obowiązki pojawiały się stopniowo.

Dobra, ale nie przyszłam tu narzekać, serio! 🙂 Tak się składa, że osobiście lubię być zajęta w pracy. Jeśli mam luźniejszy dzień, sama sobie wymyślam obowiązki, bo perspektywa udawania, że pracuję, to autentycznie najgorszy scenariusz ever!

WSZYSTKO DOBRZE!

No, a tak poza tym to wszystko dobrze! W czasie wolnym maluję albo wyszywam obrazki. Gram albo oglądam na twichu jak ktoś gra w DBD (nie pytaj nawet!). Trochę też wróciłam do mojej paznokciowej zajawki.
Ostatnio wypożyczaliśmy auto w Anglii – pierwszy raz! – oczywiście nie zdobyłam się na odwagę, żeby poprowadzić (miałam kolizję w Polsce w 2016 roku i od tego czasu jakoś nie lubię jeździć – a już tym bardziej po złej stronie ulicy!! :D) Niedługo zbliża się nasza 5 rocznica ślubu, więc myślę sobie że pozwiedzamy trochę południowe rejony Anglii. Może w końcu uda nam się odwiedzić Kornwalię. Byłoby miło.

A co u ciebie?