Lubię te podsumowania. Zawsze jak piszę tekst sumujący kolejny rok w Anglii, czytam sobie poprzednie i zamyślam się chwilę nad tym, co się aktualnie działo w moim życiu. Czym żyłam.

I o ile oczywiście nie jestem w stanie jednym czy dwoma zdaniami zamknąć całego roku – bo oczywiście zawierała się w nim cała barwa uczuć i emocji, to napiszę to jak te lata pamiętam.

Oczywiście w dużej mierze pomocna okaże się moja historia zawodowa, która w pewnym sensie nadaje kształt tym emocjom.
Tak więc pierwszy rok kojarzy mi się z dumą. Byłam z siebie turbo dumna, że udało mi się dostać pracę w zawodzie. Za granicą. Pamiętam, że gdy tak sobie z mężem któregoś razu o tym gadaliśmy, to mimo że jadąc do Anglii wierzyłam, że zdobędę tu fajną pracę, to tak w rzeczywistości chyba jednak nie do końca.

Czułam też strach i niepewność. Złapałam Pana Boga za nogi. To że ktoś mnie zatrudnił wcale nie znaczy, że jestem jakaś zdolna. Może miałam po prostu szczęście. Dawałam więc z siebie w pracy 120%. I długo nie narzekałam.

Po dwóch latach na emigracji czułam się trochę pewniejsza zawodowo. Nauczyłam się całej masy rzeczy, dzięki którym pomogłam szefowej wystartować jej firmę kosmetyczną – począwszy od tego jak się tworzy opakowania do produktów, przez social media (w poprzedniej pracy nie działaliśmy w social mediach, więc tworzenie firmowych treści, kontakt z klientem czy tworzenie reklam było dla mnie na emigracji czymś nowym) kończąc na ogarnianiu strony internetowej (również od strony programistycznej!)

Czułam też, że się wypaliłam. Praca przestała mnie jarać. A z czasem wręcz zaczęła męczyć. Trochę też zaczynało brakować mi okazji do poznawania innych ludzi.

Trzeci rok emigracji celebrowałam na tzw. Furlough. W pracy (nowej!) powiedziano mi, że przez najbliższe 2 -3 tygodnie zasadniczo mam wolne. Maj spędziłam więc na wynajdowaniu nowych zainteresowań. Boże jaki to był wspaniały czas! Taki totalny urlop (bo np. na pierwszym bezrobociu (2,5 miesiąca) miałam nieustanne poczucie, że robię za mało w kwestii szukania pracy, w drugim podobnie, mimo że trwał tylko półtorej tygodnia.
Na furlough czułam się najlepiej na świecie.

Photo by Andrew Neel on Unsplash

Czwarty rok zamykam ze spokojem. Zawodowo i prywatnie jestem chyba w najfajniejszym miejscu w życiu. (Prywatnie zdecydowanie bardziej! 🙂 Właśnie wróciliśmy z mężem z naszej rocznicowej wyprawy do Walii (To już 5 lat po ślubie, dasz wiarę?).
Ja wiem, że mało kiedy słyszymy, że po ślubie jest super. Albo nie słyszymy nic, bo nagle małżonkowie znikają z powierzchni ziemi, albo wieczne narzekania. To ja was (jeśli są to jakieś panny i kawalerowie!) pokrzepię.
U mnie po ślubie jest duuuuuuuużo lepiej niż przed! Jest najlepiej!

Czwarty rok zamykam też w oczekiwaniu na rok piąty. Myślę, że będzie fajny 🙂 Dam znać za rok.