Czy związek na odległość ma sens?

Takie oto pytanie zadała na pewnym forum 23-letnia dziewczyna, która – wierząc temu, co mówi – jest z chłopakiem od kilku miesięcy, bardzo go kocha i nie jest pewna, czy zgadzając się na kilkumiesięczną rozłąkę nie narazi swojego związku na rozpad.

Na przykre the end.

Podpowiedzi, których udzieliły jej zatroskane internautki, były przeróżne, ale właściwie większość z nich sugerowała rozstanie. Bo związek na odległość nie ma sensu. Bo u nich to się nie sprawdziło. Bo przecież odległość to masa nowych bodźców i podniet w życiu partnera. Bo pozna jakąś szaloną łanię i Cię rzuci. Bo lepiej i godniej byłoby gdybyś zrobiła to pierwsza… I tak dalej i tak dalej.

Jeżeli i Ty kiedykolwiek zastanawiałeś/aś się nad tego typu kwestią, to pozwól, że i ja Ci zdradzę co w takiej sytuacji należy robić.

Albo czego nie robić.

Nie pytaj o to internetu. Poważnie. Tu jest tak wiele historii, tak wiele zagmatwanych sytuacji życiowych, że nikt nie jest w stanie przekazać Ci obiektywnej prawdy na ten temat. Bo w przeciwieństwie do pytania: czy powinnam/powinienem rzucić faceta/kobietę, który/a mnie nie szanuje?, gdzie odpowiedź zawsze jest taka sama, w przypadku związków na odległość takiej nie ma.

Znam masę… No dobra, nie masę – kilka fenomenalnych par, które właściwie zaczęły się na odległość. Były w swoim życiu na pstryknięcie klawiatury. Kłóciły się przez facebook’a, wyznawały sobie miłość na skype, opisywały swoją codzienność na snapchacie.

I dziś – w tzw. realu mają się świetnie.
Ba! Poziomem dojrzałości emocjonalnej, którą w sobie wypracowali przewyższają niejedną parę, która od początku miała siebie nawzajem na wyciągniecie ręki.

Znam też pary, które z powodów finansowych musiały zdecydować się na kilkumiesięczną rozłąkę, by jakoś ciągnąć koniec z końcem. I co? I też mają się dziś świetnie.

Ja w klasie maturalnej spotykałam się z gościem, który od dawna planował studiować na południu Polski. Wiedziałam, że jest to jego wielkie marzenie, więc nie mogłam nim w żaden sposób manipulować, by jednak został, a jednocześnie nie ufałam mu na tyle mocno, żeby puścić go tam jako mojego chłopaka. Więc się z nim rozstałam.
Gdyby podobna okoliczność (np. fenomenalna oferta pracy za miastem) pojawiła się w życiu Melancholika, bez wahania powiedziałabym – jedź, będę czekała.
Choć w sumie nie mam pomysłu dlaczego nie miałabym pojechać z Nim.

No ale… Wiesz o czym mówię, prawda?

Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Czasami odległość rzeczywiście dzieli, czasami nieprawdopodobnie łączy. Czasami jest niezbędna i poprzez późniejsze zachowanie partnerów, definiuje uczucie, które między nimi było, czasami to niepotrzebny kaprys, który naprawdę spokojnie można ominąć.

Zacznij słuchać przede wszystkim głosu WŁASNEGO, a nie internetowego serca. Odpowiedź na te trudne pytania jest często bliżej, niż nam się wydaje.

Swoją drogą,
Może to dobry czas i miejsce, byście podzielili się swoimi historiami? Co myślicie na temat związków na odległość? Czy w swoim życiu zdecydowalibyście się na tego typu krok? Czy wg Was istnieje jednak jakaś uniwersalna rada, której można udzielić osobie, zupełnie nie wiedzącej, co w takiej sytuacji należy robić?
I wreszcie – czy kiedykolwiek skorzystanie z rady „zatroskanych” internautów okazało się w Waszym życiu zgubne?

Nie chcesz, by ominęło Cię coś ważnego? Polub mnie na FB:)

2,505 total views, 7 views today

  • Witam
    Dla mnie sprawa jest prosta ….Jeśli ludzie naprawdę kochają sie, to rozstanie na kilka miesięcy nic im nie zrobi i tylko uczucie wiecznej tęsknoty będzie wiercić dziurę w sercu.

  • Zdanie „Bo lepiej i godniej byłoby gdybyś zrobiła to pierwsza” mnie rozwaliło. Ale w sumie racja – ktoś ze mną zerwał, co za obraza majestatu, stałam się nikim! To by wyjaśniało ilość samobójców, którzy nie mogli pogodzić się z brakiem swojej godności…
    Ach, mądrości internetowe takie piękne, naprawdę.

  • Jestem sceptycznie nastawiony do związków na odległość. Osobiście będę starał się za wszelką cenę uniknąć takiej sytuacji. Choć uważam, że wszystko zależy od ludzi i dojrzałość partnerów jest decydująca w godzinie rozłąki.

  • Byłam w dwóch związkach na odległość- oba gdzie dzieliły nas setki kilometrów i oba trwające dobrze ponad rok. Pierwszy zakończył się po 2 latach bo zmieniliśmy się. Drugi trwa do dziś i mam nadzieję że potrwa do końca życia. Z doświdczenia wiem że przetrwaliśmy dzięki szczerości. Paradoksalnie w moim obecnym związku bliskość fizyczna była rzadka ale mentalnie mówiłam mu rzeczy które ciężko wyrazić rozmawiając twarzą w twarz- mówienie o emocjach jest sztuką. Mieliśmy zasadę: nigdy nie kończ kłótni wylogowaniem się bo ta osoba w innym kraju będzie cierpiała. Drążyliśmy problemy aż je rozpracowaliśmy. Drugą pod względem trudności rzeczą było nie być zazdrosnym o życie drugiej osoby. Oboje mamy wielu znajomych, pracę, hobby- musieliśmy nauczyć się nie dąsać kiedy drugie mówiło ‚nie teraz, właśnie wychodzę’. Znamy siebie na wylot, teraz uczymy się codzienności razem. Nigdy nie zaufałabym opinii obcej osoby z internetu- zawsze słuchałam tego co mówi mi rozum i serce.

    • Rewelacyjne spostrzeżenie – że na odległość było Ci łatwiej poruszać cięższe tematy, bo nie widzieliście się twarzą w twarz. Ja pamiętam, że na początku związku z Melancholikiem potrafiłam milczeć jak zaklęta, by po powrocie do domu wystukiwać do Niego numer i godzinami podczas rozmowy telefonicznej mielić jakiś problem.

      Zupełnie zapomniałam jak to było…

      A te związki, o których mówisz zaczęły się od odległości, czy ona pojawiła się w Waszym życiu z czasem?

      • Pierwszy od początku był na odległość. Drugi- wyjechałam po dwóch miesiącach znajomości i wszystko toczyło się online. Bardzo dorosłam dzięki obecnemu :)

        Są też fajne strony odległości- pisalismy do siebie listy, nagrywałam mu video albo wysyłałam paczki niespodzianki. A kazde spotkanie było jak święto :) Nie tęsknię za dystansem, ale jest co wspominać :)

        • @anetteheyho:disqus, czy pokusiła byś się na udzielenie odpowiedzi na pytanie, które zadałam @Predylekcyjnyblog:disqus? Bo zdaje się, że również masz coś w tym temacie do powiedzenia – szczególnie w kontekście pierwszego związku, skoro od początku był na odległość. :)

          • Jasne :) Odnośnie wspólnej codzienności: pierwszy związek nie przetrwał bo rzeczywiście wyidealizowałam swojego partnera. Był o wiele bardziej uczuciowy, romantyczny, kiedy rozmawialiśmy przez internet. Byliśmy razem prawie dwa lata, z tego 1.5 roku studiował w Niemczech i w tym okresie widzieliśmy się raptem cztery razy. Później okazało się, że nie jesteśmy tak zgrani jak myślałam. Mam mocną osobowość, ale lubiłam karmić się bajką o księciu. Kiedy był w innym kraju mogłam sobie wyobrażać wiele rzeczy o nim bez potrzeby weryfikacji z rzeczywistością. Bardzo wygodne, prawda? :)

            Zupełnie inna historia dotyczy mojego obecnego związku. Staliśmy się parą po jego trzydniowej wizycie po trzymiesięcznej rozłące. Miłość wyznaliśmy sobie w wiadomości email. W pewnym momencie zaczęłam dostrzegać, że bycie parą na odległość jest bardzo łatwe w porównaniu z tą codziennością. Ten związek tym różni się od pierwszego że oboje bardzo płynnie przeszliśmy od codziennych rozmów na Facebooku do tych wspólnych śniadań o których pisała Ania. Emocjonalnie zna mnie lepiej niz ktokolwiek inny ale wciąż nie lubię kiedy widzi jak płaczę.

            Myślę że ta idealizacja partnera w związku na odległość to najgorsza pułapka. Byłam na innym etapie życia niz w trakcie drugiego związku i urzekła mnie iluzja znalezienia kogoś kto pasuje do mojej książeczki ‚Jaki ma być mój chłopak’. Z pierwszym chłopakiem nigdy nie kłóciliśmy się przez internet, dusiliśmy emocje bo było tak idealnie. Z drugim od razu mówiliśmy co nas boli, żeby tego nie kisić w sobie.

  • Ja nie jestem zwolenniczką związków na odległość ale prawda jest taka, że nie ma żadnych zasad. Jak ludzie się kochają to nic nie ma znaczenia, odległość tym bardziej.

  • Ja osobiście nie wyobrażam sobie związku na odległość, ale to ja. Znam osoby, które nie potrzebują partnera ciągle przy sobie, wręcz kiedy ten partner jest w ich życiu dłużej niż te kilka godzin – zwyczajnie się męczą. Jeżeli ktoś tylko lubi tego typu zabawy – dlaczego nie, zawsze jest to kolejne doświadczenie. Jeżeli jednak dwie osoby nie wyobrażają sobie życia na odległość i żadne mądrości nie są w stanie takich ludzi przekonać do tej odległości – sensu to nie ma. Aczkolwiek ładnie to ujęłaś – zróbcie to co uważacie za słuszne, ale pod żadnym pozorem nie pytajcie o to internetu.

  • Bardzo zależy od osób, oraz stażu związku.

    Teraz model życia się zmienia, częściej trafia się atrakcyjna propozycja wyjazdu, a druga połówka nie może tak szybko z powodu zobowiązań. Zależy jak druga osoba podchodzi do tego i czy ma jakąś pasję, która poświęci jej czas i uwagę. Tak bym szacował, że czas rozłąki nie powinien być dłuższy niż czas trwania związku.

  • Ano ja jestem w związku na odległość od ponad roku i w narzeczeństwie na odległość od mniej niż miesiąca. Prawdą jest, że taki związek stanowi nie lada wyzwanie. Bo nie można spojrzeć w oczy, kiedy to drugie się gniewa, czy pogładzić po policzku, kiedy się smuci. Jednak radość spotkania jest przeogromna… to wyczekiwanie, skreślanie dni w kalendarzu, planowanie wspólnego czasu, czy robienie niespodzianek w stylu „Nie przyjadę po Ciebie na dworzec – znasz drogę!” i wyłonienie się zza peronowego filara. Nie jest łatwo, ale wiara w to, że jest się z odpowiednią osobą napędza motor wytrwałości, cierpliwości i miłości (oczywiście!) :)

    • Ania, tak zupełnie z ciekawości – nie boisz się, że w małżeństwie przygniecie Cię ta mało zaskakująca codzienność? Bo właśnie to mnie najbardziej w związkach na odległość raziło – że fajnie się spotkać raz na jakiś czas, bo fajerwerki i motyle w brzuchu, i właściwie nawet wspólne oglądanie telewizorni wydaje się niezłą atrakcją, a potem przychodzi wspólne mieszkanie, życie obok siebie właściwie non stop i zastanawiam się jak pary sobie z tym radzą.

      Czy to nie przytłacza?

      • Praktycznie patrząc, to my jesteśmy przyzwyczajeni do długofalowego przebywania ze sobą. Mamy za sobą wspólne Święta Bożego Narodzenia (ponad 10 dni), wspólną Wielkanoc (kolejne 10 dni) czy niewyjazdowe i pracujące wakacje (znów 10 dni). Nie jest to pełen miesiąc na przykład. I nie był to też czas wyskokowy, ale taki prozaiczny, momentami wręcz nudny. Ale czuję się dobrze przygotowana do wspólnego życia i mieszkania bez tej „próby” wymaganej przez media i współczesność. Na początku potrzebowałam oddechu nawet po wspólnym weekendzie. Teraz czuję pustkę, kiedy razem nie jemy śniadania.

        • Wiesz, mi może nawet nie o próbę chodziło, wszak sprzeciwiam się poglądowi, że faceta trzeba poznać na wskroś przed ślubem, by wiedzieć co się bierze.

          Chodziło mi bardziej o fakt, czy przedłużająca się rozłąka (pół roku, rok, dwa lata itd.) nie wpływa na skrzywienie postrzegania partnera. Czy nie idealizujemy go sobie troszeczkę, nie widząc jak zachowuje się na codzień, czym i jak żyje. I czy później w konfrontacji z rzeczywistością – w codziennym życiu – nie dostajemy patelnią w łeb, bo okazuje się, że on nie taki i ona nie taka jak wcześniej się wydawało?

          • Mój Narzeczony twierdzi, że telefoniczna wersja mnie jest tą gorszą, wręcz nie do zniesienia :P W drugą stronę uważam to samo. Lepiej, kiedy przebywamy w świecie face to face.

            Natomiast przez te dłuższe spotkania wybiliśmy sobie z głowy portret idealny drugiej połówki. Warto jest gdzieś razem wyjechać, potowarzyszyć sobie w jakiś trudnościach, pomarudzić w drodze na szczyt górski.

            Po za tym, wydaje mi się, że w życiu obok siebie np. w jednym mieście, także możemy się niewiele dowiedzieć. Łatwiej jest grać na odpicowanych spotkaniach w kawiarni, na spacerze, aniżeli zrobić dobry uczynek i zaparzyć komuś herbatę przy weekendowym spotkaniu.

          • Nie mogę się zgodzić w 100% z tym, o czym piszesz, Anno, bo ja z narzeczonym pochodzimy z Białegostoku i nie przeżyliśmy rozstania dłuższego niż miesiąc, kiedy wyjechał do Niemiec. :) i oboje jesteśmy przeszczęśliwi z powodu małych gestów.

            Ale jest w tym, o czym piszesz sporo racji. :)

          • Powiem tak: każdy ma inny charakter, inne potrzeby i inny pogląd na temat związku. Stąd też inne nasze patrzenie zapewne.

            Zrobiłam dużą generalizację – to prawda. Jednak taki problem istnieje w systemie wyłącznie randkowym. Pawlukiewicz, Pulikowski i in. dlatego zalecają te górskie szczyty, żeby przyłapać połówkę na prawdziwości, marudności itd.

            Gombrowicz z resztą powiedział, że gęba nam opada dopiero jak jesteśmy sami ze sobą. To także była generalizacja, ale jakże ciężka do obalenia :)

  • Izabela Kornet

    Może i taki związek jest wyzwaniem, to racja, ale jestem żywym dowodem na to, że się da – od prawie 5 lat. Wolę nie myśleć o tym, ile… tysięcy zostawiliśmy w PKP :)

  • Ewa Sołowiej

    Oczywiscie, ze ma sens, ale tak jak zostało tu niejednokrotnie napisane wszystko zależy od obojga partnerow. Od ich dojrzalosci, to tak jakby dodatkowy etat :) Każde spotkanie, likend planuje sie, zapisuje w kalendarz, ale w dobie dzisiejszego dostepu do internetu czy telefonu nie jest to takie bardzo trudne. Gorzej ma sie sprawa z bliskoscia, ze czasami brakuje drugiego czlowieka jak sie wtrafi gorszy dzien czy jak sie pokloci i sprawy nie da sie rozwiazac w trakcie jednej rozmowy. Wiadomo kazdy ma swoje zobowiazania, ale przeciez mozna sie dogadac co do codziennych malych rytualow i na odleglosc jak np. codzienne wieczorne spotkanie na skypie, by zobaczyc ta druga osobe i zapytac sie jak jej dzien minal ;-)

  • Ja sprowadziłam mojego lubego znad morza do Łodzi. Pół roku jeździliśmy pociągami, od trzech lat mieszkamy razem. Związki na odległość są strasznie do dupy, może to wypalić tylko wtedy, kiedy obie osoby są zdeterminowane żeby zamieszkać w jednym mieście. Inaczej jest to zupełnie oderwane od rzeczywistości – wiem bo kilka razy byłam w takich związkach. Różowe okulary nigdy nie mają okazji zejść z nosa, wszystkie spotkania idealne, miłość że ja pierdziu. A później te dwie osoby zamieszkują razem i okazuje się, że zupełnie do siebie nie pasują. Mam wrażenie, że niektóre osoby z dawną mną włącznie to specjalnie pakują się w takie związki, żeby nigdy nie było trzeba mierzyć się z codziennością. A jednak z codzienności się składa nasze życie i to ona jest najistotniejsza:)

  • Świetny wpis! Swego czasu pisałam u siebie na ten temat. Z narzeczonym mamy już niemal pięcioletni staż, z czego połowa to związek na odległość, a połowa mieszkanie razem. Da się :) Zgadzam się, że każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie, ale nie rozumiem skazywania związków na odległość z góry na porażkę.

  • Poznalismy sie przez Internet, podchodzimy z roznych miast. Spotkalismy sie szybko zweryfikowac na zywo, raczej stanelo na neutralnej znajomosci. 1,5 roku bylismy w kontakcie mailowym. Potem drugie spotkanie i zaiskrzylo☺zostalismy para na odleglosc. Po 8 miesiacach sie zareczylismy, po kolejnych 10 pobralismy. Widywalismy sie w weekendy. Zamieszkalismy ze soba dopiero po slubie, od 6 lat jestesmy bardzo szczesliwi. Mysle, ze mozna sie poznac dobrze mimo odleglosci. W gorach tez bylismy?i na intensywnych dialogach narzeczenskich.

    • Rewelacyjne doświadczenie! Super, gratuluję! :)

  • Pingback: Rozstańmy się, nie zasługuję na Ciebie. • Okularnica()