PDŚ: Kurs przedmałżeński

Mój kurs przedmałżeński właśnie dobiegł końca, a jeszcze zanim się rozpoczął, wiedziałam, że będę chciała go jakoś skomentować. Tak więc komentuję.

DŁUGOŚĆ

Na drugim spotkaniu ksiądz powiedział: gdyby to ode mnie zależało, kurs przedmałżeński trwałby nie 5 tygodni, a rok.
Pomyślałam wówczas: jaka ironia losu – tyle zwykle trwają przygotowania do ślubu, czasami dłużej. Racja, 5 tygodni to całe nic. Wiele par decyduje się często na przyspieszony kurs, który trwa jeden weekend. To jest w ogóle hardcore.
Ale nie mnie oceniać. Zwłaszcza, gdy sama tylko na pierwszym spotkaniu czułam autentyczną radość z powodu tego kursu, później konsekwentnie dopadało mnie znudzenie, zniechęcenie, aż w końcu złość.

Obiektywnie, zgadzam się z księdzem, że 5-tygodniowy kurs (ok. 5 godzin łącznie) to żaden kurs. Trudno mi uwierzyć, że ktokolwiek mógłby przygotować się do małżeństwa w tak krótkim czasie. Subiektywnie – nie wiem, ale coś czuję, że szóstego spotkania bym nie przetrwała. Nie w takiej formie.

FORMA

Pierwsze spotkanie poprowadził ksiądz posługujący w mojej parafii. Było to na tyle ciekawe spotkanie, że naiwnie założyłam, iż każde kolejne utrzyma podobny poziom. Ksiądz kilkakrotnie powtórzył, że ideą tego kursu jest zniechęcenie narzeczonych do ślubu, co akurat ja odebrałam bardzo na plus i przyznam, iż spodziewałam się tornada na tych spotkaniach. Wiecie, dyskusji, rozmów, burzliwych dialogów.
Tornada nie było. Nawet małego kapuśniaczka nie było.

No ale po kolei.

Jak już powiedziałam – pierwsze spotkanie było całkiem sympatyczne, na drugim: ksiądz z innej parafii powiedział nam co nieco na temat nieważności małżeństwa. Wiedzieliście, że np. jeżeli narzeczeni nie chcą mieć w przyszłości dzieci, a zawierają sakrament małżeństwa, to jest ono nieważne? Ja nie wiedziałam. Zrobiło to na mnie spore wrażenie.

Generalnie ksiądz poruszał dość istotne tematy, ale w tak mało inspirujący sposób, że gdyby nie wstawka nt. ciągłego spędzania czasu z małżonkiem/małżonką (LINK), chyba bym zasnęła. Potem było już tylko gorzej.
Kojarzycie Umbridge z Harrego Pottera? Tą różową landrynkę, która mówiła w taki sposób, że miałeś wrażenie, jakby ktoś ją w tym czasie za jaja ściskał. No… to kobieta, która prowadziła nasze 3 spotkanie miała w sobie coś z Umbrige. Ale wbrew pozorom nie to było najgorsze.
Najgorsze było to, że czytała nam o naturalnym planowaniu rodziny.

Czytała.
Z kartki.
Swoimi słowami powiedziała tylko to, że od kilkudziesięciu lat ma męża i dwoje dzieci.

Potem było małżeństwo. Ogólnie ciekawa parka, od kilkunastu lat prowadząca poradnię rodzinną w parafii obok mojej. Wiadomo – poruszali tematy związane z relacją w małżeństwie. Mówili o tym, co ważne, o tym kto powinien prać, sprzątać i gotować, a kto zarabiać kasiorę.

Poza kilkoma kwestiami, z którymi jawnie się nie zgodziłam, ich monolog był poprawny i bez zarzutu.

INSPIRUJĄCY KOŚCIÓŁ

Poza kilkoma przykładami, na których czele stoją jakie postacie jak ks. Jan Kaczkowski, o. Adam Szustak, ks. Piotr Pawlukiewicz czy ks. Jacek Wiosna – Stryczek, Kościół nie inspiruje.
Tak samo jak kurs przedmałżeński, na który uczęszczaliśmy. I to smuci mnie chyba najbardziej. Bo wiesz, ja jestem w stanie przekonać się w duchu, że postawa księdza, czy osoby prowadzącej jakąś katolicką inicjatywę jest najmniej istotna. Wierzę, że w tym wszystkim ukryty jest jakiś głębszy sens, że Pan Bóg właśnie w takich momentach odwala kawał dobrej roboty w moim sercu. Ja w to autentycznie i głęboko wierzę.

Ale ile jest takich osób?
Dotrzeć, zainteresować ludzi słabo zaangażowanych w Kościół nie jest wcale łatwo. Oni myślą zupełnie innymi kategoriami – jeżeli ksiądz jest inspirujący, ciekawie prowadzi kazanie, przemawia do mnie podczas spowiedzi, to chcę go widzieć i słuchać. Właśnie jego. Ludzie ci patrzą na Kościół przez pryzmat człowieka.

Kurs przedmałżeński w danej parafii nie odbywa się co tydzień przez rok. Takich spotkań w ciągu roku jest dosłownie kilka. Naprawdę nie można się do tego bardziej przygotować? Bardziej przemyśleć formułę spotkań – co dziś przemawia do młodego człowieka? Jak go podejść i zainteresować tematem? Czy są w świecie przykłady, którymi można się podeprzeć?

Małżeństwo, które prowadziło jedno spotkanie, było fajne, ale nie porywało. Mówiło o tym, jak ważne jest zaufanie między partnerami, komunikacja, pokora. To wszystko JEST ważne. Ale każdy z nas o tym wie. A jeżeli o czymś wiemy, to w którymś momencie się na te oczywistości zamykamy, przestajemy ich słuchać. Jak rewelacyjnie sprawdziłyby się wówczas przykłady.
Z życia parafian, znajomych, gdzieś usłyszanych.
To właśnie przykłady nas budują, inspirują i najwięcej uczą.

Ksiądz podczas pierwszego spotkania powiedział, że kurs przedmałżeński to nie są nauczki, jak niektórzy twierdzą. To jest KURS, który ma nas przygotować do najważniejszych ról naszego życia.
Taki może był zamysł, tak powinno być.
Ale dla mnie, mimo wszystko, bardziej przypominało to nauczki.

A jak wyglądał Wasz kurs przedmałżeński? Czy byliście z niego zadowoleni? Czy spotkania, w których braliście udział miały jakąś inną, niestandardową formułę? Bardzo, bardzo chętnie przeczytam, że tak. :)

 

1,413 total views, 3 views today

  • Ania

    „Wiedzieliście, że np. jeżeli narzeczeni nie chcą mieć w przyszłości dzieci, a zawierają sakrament małżeństwa, to jest ono nieważne?” – brzmi jak argument dla mamy mojego faceta ponieważ obojgu nam nie śpieszno do dzieci, wiemy że ona będzie cisnąć a u mnie „wygrywa” to że nie chce swojemu dziecku przekazać chorób które mi dają w tyłek. Pozatym to trochę krzywdzące

    • To, że Wam nie spieszno, to nie jest powód do unieważnienia ślubu – nam też nie spieszno :) Chodzi o intencję przed zawarciem małżeństwa, że z tego układu dzieci na pewno nie będzie.

      • Czy to oznacza, że pary, które chcą zawrzeć małżeństwo ale tym samym nie planują dzieci powinny sobie jednak… odpuścić?

        Pierwszy raz się spotykam z tym ;-)
        I widzisz, jak dobrze, że tu zaglądam, człowiek może się czegoś dowiedzieć ;-)

        Mnie sam temat nie dotyczy, ale nie wiedzieć czemu poczytać o tym lubię ;-)

        M.

        • Odpowiadając na Twoje pytanie – jeżeli wiedzą, że nigdy nie będą mieli dzieci, bo – uwaga! – nie chcą, to tak. Jeżeli występuje jakaś niemoc po stronie któregokolwiek z partnerów, która uniemożliwia pojawienie się dzieci, wtedy taka para może wziąć ślub. Tak zrozumiałam z tego, co mówił ksiądz.

    • nie rozumiem logiki Kościoła – „czym” w takim razie jest wtedy ta dwójka osób? Moim zdaniem jest to bardzo krzywdzące. Tak jakby ludzie decydowali się spędzić ze sobą resztę życia, tylko po to, by ‚robić’ dzieci, bo brakuje innych argumentów…
      Na szczęście daleko mi to tej instytucji.

  • Ewelka

    Myślę, że nieumiejętność Kościoła do zainteresowania i przyciągnięcia młodszych osób sprawia jednocześnie, że wizja ślubu jest dla nich kwestią trudną i ciężką, ze względu na wymagania rodziny, a przy tym własne przekonania :) Jestem też ciekawa jak odnosisz się do modnego ostatnimi czasy modelu ślubu cichego, czyli Para Młoda, świadkowie i ewentualnie rodzice? :)

    • Uważam, że to fajny pomysł. Przyznam też, że był czas, gdy sama brałam takie rozwiązanie pod uwagę. Wiesz, trudno się dziwić, że taki model z czasem staje się coraz bardziej popularny, zwłaszcza, że ślub to dla młodych ludzi ogromny koszt, a coraz mniej z nas chce nim obarczać swoich rodziców.

      • Ewelka

        Myślę, że bez znaczenia nie pozostaje kwestia, że młodzi chcą sami decydować o sobie i ślubie, a większe wesele „by nikogo nie urazić” przeważnie w jakimś stopniu finansują rodzice. I tu pojawia się problem zależności, wtykania paluszków, zdarza się, że nawet szantażu, bo „daję pieniążki to wymagam”. Pewnie zanudzam, ale ciekawi mnie jeszcze jak się odnosisz do narzucania przez rodziny ich woli Państwu Młodemu, np. ślubu kościelnego tzn. konkordatowego podczas gdy narzeczeni nie mają potrzeby wiary i wystarczy im cywilny? :) Z przykrością stwierdzam, że jeśli rodziny finansują choć ułamek uroczystości to wymagają później dostosowań pod siebie. Miałam okazję zobaczyć to m.in. na ślubie siostry mojego partnera. Rodzice i teściowe bardzo uprzykrzali jej życie gdy zamiast tradycyjnego tortu wybrała babeczki, zamiast welonu mały wpięty kapelusik. To nie przeszło bez wielkiego echa

        • Uważam, że to jest STRASZNE! Aż się we mnie gotuje, kiedy czytam, że np. para bierze ślub w kościele/cerkwi, bo rodzice jednego z dwojga (albo w ogóle obojga) tak zadecydowali. Wszystko co dotyczy ślubu powinno być ustalane przez młodych.

          Mam znajomych, którzy chcieli mieć wesele kilkanaście km poza miejscowością, w której mieszkają, ale nie zrobili tego, bo rodzice stwierdzili, że to za daleko i że goście tak daleko nie pojadą. Nerw mnie strzela, bo jeżeli goście mieliby z tym problem, to hello! niech nie jadą! Po kiego mi na weselu ludzie, którzy mieliby narzekać na odległość, zwłaszcza, że zwykle i tak para organizuje im transport?

          No ale wracając do pytania – uważam, że jeżeli dwojgu ludzi odpowiada wyłącznie ślub cywilny, to rodzice, nawet jeżeli się z tym nie zgadzają, powinni to uszanować i tyle.

          • Ewelka

            Pozwolę sobie spuentować, że w przypadku gości największy problem i najwięcej komentarzy pod adresem Młodych mają Ci, którzy ich najmniej znają :)

            Gorzej, gdy rodzice nie szanują niczego poza własnym „widzi mi się”. To strasznie odbiera chęć ślubu i jakichkolwiek kontaktów, bo „mamusia wie lepiej, a ty gówniaro się dostosuj, bo nic o życiu nie wiesz”.

  • Ja chodziłam na indywidualne nauki. Tylko ja, mąż i proboszcz. Trwały dłużej niż 5 godzin. Uwielbiałam te spotkania. Do Pani z poradni małżeńskiej musieliśmy iść osobno, ale i tam było fajnie. tak więc jeśli komuś zależy an solidnych naukach przedmałżeńskich, to niech zdecyduje się na tok indywidualny.

  • Dziwi mnie zawsze, że ktoś nie wie o tej zasadzie z posiadaniem dzieci. Czasami nawet małżeństwa o tym nie wiedzą… A przecież małżeństwo w wymiarze katolickim jest nastawione bardzo mocno na prokreację. Taka refleksja mnie naszła po lekturze komentarzy. :) Myślę, że każdy kto chce brać ślub kościelny powinien właśnie takie rzeczy wiedzieć, zdawać sobie sprawę jaka jest wizja takiego małżeństwa. Ja na kursie przedmałżeńskim, który miałam w klasie maturalnej na religii dowiedziałam się tego wszystkiego. Dzięki wiedzy o kościele i jego poglądach na sprawy damsko-męskie, a także wiele innych spraw przynajmniej wiem dlaczego do kościoła nie chodzę i nie chcę mieć z nim wiele wspólnego. Myślę, że taka wiedza powinna być obowiązkowa dla wszystkich własnie żeby wiedzieć w czym chce się brać udział lub wręcz przeciwnie.

  • Pingback: Do ślubu bez sukni • Okularnica()

  • Pingback: Czy ktoś się za Ciebie modli? • Okularnica()

  • Ja bardzo mile wspominam kurs przedmałżeński, spodziewaliśmy się czegoś wręcz odpychającego i podeszliśmy do tego na zasadzie „oby tylko dostać papierek”. Aczkolwiek po pierwszym spotkaniu oboje stwierdziliśmy, że będziemy chodzić na wszystkie spotkania :) Prowadził go pan, który na co dzień pracował jako wykładowca. Muszę przyznać, że zostaliśmy bardzo mile zaskoczeni. Kurs był prowadzony w bardzo miłej atmosferze i pamiętam, że na każdych zajęciach była 100% frekwencja.

  • Kurs przedmałżeński wspominam bardzo sympatycznie. Chodziliśmy do Dominikanów we Wrocławiu – organizują kursy co miesiąc. U nas było, UWAGA, 56 par! Niesamowity humor, fajnie przygotowane wystąpienia – taki nowoczesny kościół, który przyciąga młodych. Który nie krzyczy i nie karze, ale idzie z duchem czasu i pokazuje, że fajnie jest wierzyć w Boga, że Bóg jest dobry i też ma poczucie humoru. Łącznie 3 spotkania po 2-3 godziny, kawka, herbatka, ciasteczka. Raz wystąpienie rodziny o planowaniu rodziny, nawet ok. Najgorzej wspominam wizytę w poradni, gdzie młoda kobieta była niesamowicie speszona, a rozmawianie o zakładaniu rodziny czy też o seksie bardzo ją krępowało. Generalnie kurs oceniam 9/10 – i gorąco polecam Dominikanów :)