Obietnica poprawy, to nie poprawa

To ciekawe, że jak tylko zaświtała mi w głowie myśl, by napisać na ten temat, trafiłam na dwa  materiały:

1. Na stronie deon.pl pojawił się artykuł: “Prośba o przebaczenie, to nie przeprosiny.” – jakkolwiek ignorancko to zabrzmi, pozwólcie, że odniosę się wyłącznie do jego tytułu.

2. YouTube podsunął mi króciutki – bo nieco ponad 2-minutowy filmik o fragmencie z Pisma św., by przebaczać nie 7, a 77 razy. Na koniec autor mówi: Jeśli czujesz, że jest w Twoim sercu blokada w stosunku do kogoś bliskiego, zapytaj samego siebie czy chcesz, żeby została ona usunięta. Jeśli jest pragnienie, to uciesz się z tego. Bo to pierwszy krok na drodze do przebaczenia.

Prośba o przebaczenie, to nie przeprosiny, przeprosiny, to nie obietnica poprawy, a obietnica poprawy, to nie poprawa.

Przepraszam

Jestem bardzo daleka od nakłaniania Cię byś trzymał w sercu zadrę w stosunku do kogokolwiek. Przeciwnie, bardzo cenię w ludziach umiejętność powiedzenia: „Myliłem się, przepraszam, że skrzywdziłem Cię słowami, które wypowiedziałem.”

Bo przepraszanie to bardzo piękna sztuka. Wzruszająca wręcz. Ja sama, gdy wiem, że zachowałam się nie w porządku, przepraszam. Takie zachowanie kruszy mury. I jest dużo skuteczniejszym sposobem na wywołanie w każdym z rozmówców refleksji nad swoim zachowaniem, niż podnoszenie głosów i wzajemne obwinianie.

Kiedyś moja koleżanka powiedziała bardzo ciekawą rzecz:

Mam taki charakter, że jak ktoś próbuje siłą przekonać mnie do swojej racji, to w pewnym momencie zaczynam się zamykać i wycofywać. Nawet wówczas, gdy to, co mówi ma sens i podświadomie się z tym zgadzam. Ja po prostu potrzebuję, by pewne przemyślenia wychodziły ode mnie, a nie dlatego, że ktoś mi to wmawia, gwałcąc moją moralność.
Zupełnie inaczej dzieje się w przypadku, gdy rozmówca zakłada opcję pomyłki w swoich rozważaniach. Chcę z nim wtedy współpracować i szukam rozwiązań w głowie.
Tylko taka forma dialogu przynosi jakieś skutki.

 Szczere przepraszanie to nie tylko słowo, które ma sprawić, że dwoje ludzi rzuci się sobie w objęcia i zapomną o sprawie. To przede wszystkim założenie, że się myliłam mówiąc, czy robiąc to, co sprawiło komuś przykrość.

Ale jest to jednocześnie bardzo trudna sztuka, wymagająca wewnętrznego przyznania się do błędu, a niestety moje wewnętrzne Ego nienawidzi tego uczucia dużo bardziej niż ja.
W związku z tym, proces uznawania, że wina leży po mojej stronie trwa często bardzo długo.
Czasami latami.
Są osoby, których nigdy nie przeprosiłam, choć wiem, że nie zachowałam się w porządku.

 Obiecuję poprawę

 Ta fraza kojarzy mi się ze spowiedzią. Podchodzisz do konfesjonału, wyznajesz swoje grzechy, a na koniec dodajesz – obiecuję poprawę i proszę, Cię Ojcze, o rozgrzeszenie, po czym odchodzisz, by chwilę później zapomnieć, że w ogóle takie słowa wypowiedziałeś.

Nie ma w Tobie żadnej skruchy, żadnego żalu za grzechy, żadnej nawet chęci poprawy. Ot – powiedziałeś, co by rozgrzeszenie dostać, bo tak głupio – jako świadek na ślubie, nie przystąpić do Komunii.

Trochę podobnie jest w naszym życiu przyziemnym.
To nie wstyd popełnić błąd. Wstydem jest nie wyciągnąć z niego wniosku.
Bo samo przepraszam nic dziś nie znaczy.

Przepraszam, że Cię obgadałam za plecami. – mówimy.
Głupio mi nie dlatego, że to było złe, a dlatego, że się o tym dowiedziałaś. – myślimy.

Przepraszam, że pobrudziłem w kuchni, choć przed chwilą na kolanach myłaś podłogę. – mówimy.
Przestań zrzędzić i daj mi grać. – myślimy.

Przepraszam, że Cię okłamałam. – mówimy.
Skąd się dowiedział? – myślimy.

Przepraszam, że nigdy Ci nie pomagam przy dzieciach. – mówimy.
Czy Ty widzisz, że to ja utrzymuję nas finansowo, tyram jak dziki osioł i śpię po 4 godziny na dobę? – myślimy.

Gdy za słowem nie idą czyny, to jedyne co się zmienia, to poziom frustracji Poszkodowanego.
Nie ma więc sensu przepraszać w takiej sytuacji.
Kiedyś moja koleżanka powiedziała, że nie chodzi do spowiedzi, bo notorycznie sypia ze swoim chłopakiem i czuje się jak hipokrytka obiecując poprawę, gdy wie, że żadnej poprawy nie będzie.

Smutne, że nie chodzi, ale w pewnym sensie ma rację.

 Poprawa

 Czasami jest tak, że popełniamy błędy w relacjach z drugim człowiekiem bo to, co dla nas wydaje się czymś normalnym, kogoś może krzywdzić.

Pierwszy przykład, który przychodzi mi do głowy to dwoje ludzi, z czego jedno z nich jest rządzącym cholerykiem, a drugie nieśmiałym i cichym flegmatykiem.
Choleryk nauczył się przez lata, że to, co się myśli, należy dosadnie zakomunikować światu – bez dodatkowej zabawy w formę. Ma być powiedziane i załatwione – tyle.

Flegmatyka z kolei dużo bardziej interesuje forma przekazu, niż sama jego treść. I ma ogromnie duże znaczenie w komunikacji to, czy ton głosu jest ciepły i przyjazny, czy władczy i zaborczy.

Poprawa to chwilowe oderwanie się od norm swojego zachowania i zwrócenie uwagi na to, jaki wpływ ma ono na nasze otoczenie.
Poprawa jest piekielnie trudna, bo wymaga zdystansowania się do tego, co znaczną część naszego życia było czymś absolutnie normalnym. Ale to jednocześnie ona jest najważniejszym i najbardziej twórczym elementem całego procesu przepraszania.

 Co z wybaczaniem?

 Gdybyśmy poziom trudności obu czynności (Przepraszania i Wybaczania) mogli zmierzyć wzrostem, to Przepraszam nie sięgało by Wybaczam nawet do kolan.

Wybaczyłabyś zdradę swojemu mężowi? – zapytałam wiele lat temu jedną znajomą.
Tak, ale nigdy bym nie zapomniała. – odpowiedziała.

Im większy ból nam ktoś zadał, tym trudniej jest o nim zapomnieć. Mija czas, rany się goją, ale mąż, który jeszcze do niedawna był stawiany koleżankom za wzór, już nigdy nie będzie w naszych oczach Bohaterem. Każdy jego dotyk stanie się jednocześnie bólem i rozkoszą. Każdej samotnej wyprawie, w którą wyruszy, towarzyszyło będzie pytanie – czy właśnie dziś, właśnie teraz nie zdradza mnie po raz kolejny?

Kiedyś na YT oglądałam świadectwo pewnego człowieka. Dobromira.
Dobromir Makowski to psycholog pracujący z trudną młodzieżą. Zanim jednak nim został, był dzieckiem otaczającym się wśród alkoholików.
Jego ojciec był niewidomy, a matka nadużywała przemocy – była pierwszą osobą, która połamała nos swojemu synowi. Oboje oczywiście dodatkowo nie rozstawali się z wódką. Rodzice – którzy mieli uczyć życia, pokazywać piękno świata – zrujnowali go psychicznie, co w konsekwencji doprowadziło go do kradzieży, sięgania po narkotyki i alkohol.

Dziś oboje rodzice Dobromira nie żyją. Obojga w mniejszym, bądź większym stopniu wykończył alkohol. Matka w swoich ostatnich godzinach życia, powiedziała: Dobrek, nie udało mi się. Syn ją wtedy przytulił i wybaczył wszystko, co na drodze jego dorastania i odszukiwania swojej tożsamości, mu zrobiła. Bez żalu, bez złości, bez wytykania – wybaczył.

Wow, jakie to jest mocne.

Jakiekolwiek masz refleksje, po przeczytaniu tego tekstu, chciałabym go zakończyć słowami poety Alexandra Pope’a:

 Błądzić to rzecz ludzka, wybaczać – boska.

 

Mam takie osobiste przekonanie, że ten tekst wcale nie powstał dla Was.
Powstał dla mnie.

1,167 total views, 3 views today

  • W tekście z DEONu, który przytaczasz, moją uwagę zwróciły słowa z homilii papieża Franciszka, który mówił o tym, że nie można liczyć na wybaczenie, jeśli samemu nie umie się wybaczać. To ładne odniesienie do słów Modlitwy Pańskiej: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Trafiłaś we mnie tym tekstem, bo wciąż uczę się sztuki wybaczania. A ostatnio jakoś niestety tak się ułożyło, że rośnie mi lista rzeczy, które powinienem wybaczyć.

  • Toni

    Bardzo głęboki post. To fakt, że trzeba się zastanowić nad sobą.
    Co do wybaczania i zapominania, podobno jak to nie idzie w parze, nigdy nie zostało zapomniane.
    Ciężko czasami wybaczyć coś co zostawiło piętno w naszym sercu.

    • Zgadzam się.
      Dlatego dodałam końcowy cytat… :)

  • Nieidealna Anna

    Tekst jest na tyle ciekawy, że mój komentarz musi być lekko przydługi i wielowątkowy. Pozwól, ze wypunktuje kilka spostrzeżeń.
    1. O relacji choleryka z flegmatykiem – to jakby o mnie i mężu (lubię sprawy stawiać jasno, załatwiać coś od ręki i kiedy setny raz komunikuję w tej samej sprawie naprawdę nie mam ochoty być milusia, tylko jestem rzeczowa. Nie robię tego złośliwie tylko mam takie trochę męskie podejście: powiedzieć, zrobić i zapomnieć bez urazy.).
    2. Nie chodzę do spowiedzi bo nie żałuję – mi spowiednik kiedyś rzekł, to co nie wywołuje w tobie skruchy teraz, zostaw na później, ale spotkania z Bogiem nie lekceważ, spowiedź jest potrzebna z prostej przyczyny, poczucia uczestnictwa we Wspólnocie. Myślę, że godnie rozważenia :)
    3. Umiem mówić przepraszam i przepraszam jak nabroję – skucha boli, ale korona z głowy mi nie spada jak przyznaję się do winy, błędu itd. Moja duża asertywność pewnie często odstrasza, ale zaświadczam że umiem ponieść konsekwencje swoich czynów i staram się zadość uczynić. Szkoda, że znajomi uważają, że skoro mówię wprost jak jest bez obwijania w bawełnę, to można mnie bezkarnie ranić swoją obojętnością, brakiem zaangażowania i zwykłym brakiem wzajemności. Ot taki paradoks, jak jesteś silna to ciebie już nie trzeba przepraszać jak coś się zaniedbało.
    Podsumowując : bardzo mi się tu podoba, będę zaglądać częściej :)

    • Anka! Fajnie Cię tu gościć :)
      Dzięki za taki wnikliwy komentarz:)

  • Marzena

    „Gdy za słowem nie idą czyny, to jedyne co się zmienia, to poziom frustracji Poszkodowanego.” podoba mi się;-)