Rok na emigracji

 

K W I E C I E Ń  2017

jak to wszystko będzie wyglądało? Czego ten etap ma mnie nauczyć? W jakim miejscu będę za rok?

Jest ciepły kwietniowy wieczór. Stoję na balkonie mieszkania, w którym już za chwilę będzie sobie układał życie ktoś inny. To był fajny rok, myślę, spoglądając przez uchylone do salonu drzwi, w którym brakuje już stołu i kilku drobiazgów. Powoli pustoszeje. Dom zamienia się w lokum. Surowe i coraz chłodniejsze. Coraz mniej moje…
Tak, jakby kiedykolwiek moje było.

Spoglądam na parapet, na którym kilka dni wcześniej położyłam książkę podarowaną przez znajomą. Wciąż tam leży. Z zakładką na drugiej stronie. Przypominam sobie rozmowę z jej właścicielką zaraz po tym, gdy zdradziłam, że wyjeżdżamy. Dość mocno zapadło mi w pamięci jej mimochodem rzucone: nie boisz się?

Zabawne. Bo trochę nie miałam czasu się bać. Owszem rozmawialiśmy z mężem o wyjeździe wiele miesięcy wstecz. To wystarczająco dużo czasu, żeby sobie wszystko przemyśleć, poukładać w głowie, zastanowić się czy w ogóle tego chcę i odpowiedzieć na pytanie: a co jeśli te wszystkie plany i marzenia rozprysną się niczym bańka mydlana w chwili, w której uzmysłowię sobie, że znowu trafiłam do śmierdzących kurczaków?
To trochę duża przepaść między ciepłą posadką i cudowną atmosferą w pracy, którą mogłam cieszyć się przez ostatnie niemal trzy lata.

Stoję więc na tym balkonie. Zaciągam się dymem papierosa, którego jaram w pośpiechu zanim mąż wróci ze spotkania z kolegami. I zaczynam się bać.

rok na emigracjiPhoto on Foter.com

K W I E C I E Ń  2018

Powiedzieć, że to był trudny rok to nic nie powiedzieć. Gdy przypominam sobie poszczególne jego miesiące, widzę masę demonów, z którymi musiałam się tutaj zmierzyć. Najpierw szukanie pracy, które przypominało walkę na ringu, gdzie raz po raz obrywałam potężne ciosy. Ciosy kierowane głównie w serce, które z czasem coraz mniej pewnie mówiło: dasz sobie radę, jeszcze jeden cios, jeszcze jedno CV.

Obrywało moje poczucie wartości i rykoszetem obrywał też stojący w pierwszym rzędzie mąż, głośno krzyczący: dawaj!! Już prawie go pokonałaś, jeszcze tylko kilka ciosów!

W tych kilku krótkich momentach, kiedy przeciwnik zbierał siły na atak, rzucałam małżonkowi pełne złości spojrzenia: to Ty mnie zaprowadziłeś na ten ring! To Twoja wina! Gdyby nie Ty, w ogóle nie musiałabym tu stać i walczyć!

Czy miałam żal? Cała byłam wtedy żalem. Bez sensu, bo mimo że wyprowadziliśmy się z Polski z inicjatywy męża, ja naprawdę chciałam tu przyjechać. Nikt mnie nie zmuszał. Nikt mi nic nie kazał. Przeciwnie, mąż dał mi ogromną przestrzeń do wybrania kraju i miasta, z którego ostatecznie piszę ten tekst.

Nie zmienia to faktu, że nikt z nas nie mógł do końca przewidzieć jak będzie wyglądał etap poszukiwania przeze mnie pracy, co będę wówczas czuła i jak to wszystko odbije się na mojej psychice. Z perspektywy czasu serio uważam, że to był jeden z trudniejszych ‚zawodowo’ momentów w moim życiu.

W Y M A R Z O N A   P R A C A

Później pojawiła się praca. Idealna, bo żadne tam korpo a mała, można by rzec – rodzinna – firma. Pamiętam jak pierwszego dnia pracy, gdy wracałam w skowronkach i pełną torbą kosmetyków (!) do domu, dziękowałam Bogu, że pomógł mi złapać się Jego Nóg.

Każda praca, jak okazuje się zwykle po czasie, ma pewne minusy. Plusy widziałam od początku – robota w social mediach, branża kosmetyczna, ogromna przestrzeń do rozwoju. Duża decyzyjność. Zachwycało i przerażało jednocześnie jak wiele pomysłów, które proponuje spotykało się z natychmiastową pozytywną reakcją.
Tempo tego wszystkiego było oszałamiające.

Z czasem zaczęło przytłaczać. Odebrało czas wolny po pracy, dodało mnóstwo nerwówki i stresu.
Oto ja – Polka, która dosłownie od kilku miesięcy znajdowała się na terenie UK; której język angielski pozostawiał wiele do życzenia – miała komunikować się z brytyjskimi magazynami, blogerami, jutuberami, a z czasem wspierać również customer service. Najlepiej tak, by nikt się nie zorientował, że to wszystko jest dla niej zupełnie nowe.
A to tylko wierzchołek góry lodowej, który powoli wyłaniał się zza horyzontu.

Chwilę przed zakończeniem ubiegłego roku okazało się bowiem, że istnieje możliwość współpracy przy rozkręcaniu innej marki kosmetycznej. Wszystko od podstaw. Z jej właścicielką miałyśmy więc 100% pole do popisu jeśli chodzi o brand story – czemu, jak, po co, dla kogo i co?

W ciągu zaledwie czterech miesięcy udało nam się ustalić zakres produktów, które ostatecznie będziemy sprzedawały, nawiązać współprace z dostawcami, przejść całą procedurę ich rejestracji na angielskim rynku, zaprojektować opakowania i ogarnąć całą masę rzeczy, o których nie miałam bladego pojęcia.

 

P O R A D Z Ę  S O B I E

Sporo tego wszystkiego. Od miesięcy myślę o zapisaniu się do jakiejś szkoły, dzięki której podszlifuję swoje zawodowe umiejętności, a jednocześnie nawiążę jakieś ciekawe relacje i popracuję nad językiem. Tylko, że nawet jeśli mam czas na takie rzeczy po pracy, to zwyczajnie nie mam już siły.

Ten rok w Anglii to mierzenie się ze wieloma słabościami. To twórczy, na maksa rozwijający, ale też niezwykle trudny czas. Gdyby w rok temu ktoś zapytał mnie o to, jak wyobrażam sobie swoje życie w Anglii, nie ma opcji, że moje oczekiwania spotkałyby się choć w 10% z rzeczywistością. To, co się tu wydarzyło to jakaś magia. Jej smak bywa niekiedy słodki, niekiedy bardzo gorzki, ale jestem wdzięczna, że właśnie tak się to wszystko toczy.

I nie ma znaczenia jak potoczy się dalej. Sytuacja jest na tyle skomplikowana, że ponownie nie umiem sobie wyobrazić tego jak moje zawodowe życie będzie wyglądało za rok. Nie wiem jak zostanie odebrana marka, którą rozwijamy i jakie owoce wyda nasz plon. Jedno jest jednak pewne. Cokolwiek się nie wydarzy, poradzę sobie.
Chrzest bojowy mam już za sobą.

600 total views, 8 views today