Wiesz, że nic nie wiesz – czyli jak się połapać w tym okrutnym świecie?

Nie wiem. I w sumie w wersji short to by było na tyle.

A teraz przejdźmy do wersji long. Opowiem Ci w niej o tym, jak życie bestialsko wystawia mnie na próby, jak wali pięściami w nos, a ja jak ta sierota rozglądam się dokoła, myśląc: pewnie ma rację, że mnie leje. Albo może pójdę i zapytam o to kogoś jeszcze. Ewentualnie wygooglam.

ŹLE ZALECZONE. TRZEBA POPRAWIĆ

Ogólnie sprawa zaczęła się dawno temu. Miałam wtedy ok 20 lat i pierwszy raz sama, wydawałoby się, świadomie wybrałam swojego dentystę. Poważna decyzja, miejmy nadzieję, że również trafna. W wyborze dentysty pomaga mi dobra kumpela i przez wiele miesięcy, może lat, czuję się niejako bezpiecznie pod okiem pani doktor. Płacę za to bezpieczeństwo w chuj kasy, ale cena warta jest komfortu psychicznego. Nie skarżę się.

Pani doktor leczy mi wszystkie zęby, jeden wymaga leczenia kanałowego, które poprzedza nieprzespana noc i okrutny ból. O najwcześniejszej możliwej godzinie dzwonię do gabinetu z płaczem, żeby mnie przyjęli. Pani doktor, przemiła kobieta, przyjmuje mnie tego samego dnia, mimo że pierwsze wolne terminy ma dopiero dwa tygodnie później. Jestem zachwycona moją dentystką i przez wiele miesięcy, albo lat, polecam ją każdemu.

Potem zdarzają się dwie okrutne sytuacje. Pierwsza – kumpela, która również leczy zęby u tej samej pani doktor co ja, inwestuje w aparat ortodontyczny. Podczas jednej z konsultacji poprzedzających moment założenia drutów na zęby, dowiaduje się, że ma źle zaleczone zęby. Druga – z ciekawości umawiam się na wizytę do innego prywatnego dentysty. Mówi mi, że kilka z zębów mam źle zaleczonych. Trzeba poprawić.

Której wierzyć? Może pójść do trzeciej i się upewnić?

LEPSZE DROŻSZE SZKŁA

Od jakiegoś czasu czuję, że źle widzę. Szkła w moich okularach posiadają korekcję na -3,25 i -2,75. Od miesięcy wiem, że powinnam je wymienić, ale z różnych powodów odkładam to na bliżej nieokreślone później, licząc jednocześnie na to, że wada znacznie w tym czasie się nie pogorszy. W międzyczasie robię badania pod soczewki (u optyka), kobieta stwierdza wówczas, że powinnam mieć mocniejsze szkła w okularach. Mówię sobie: po ślubie, teraz nie mam do tego głowy.

W końcu postanawiam: dość tego odwlekania, trzeba załatwić temat tych okularów. Wybieram się do optyka i korzystam z możliwości zrobienia badania w cenie oprawek. Pani (nie wiem) doktor stwierdza wówczas, że wada, którą posiadam to: -4 i -3,75. Jestem załamana. W międzyczasie kobieta dodaje, że przy takiej wadzie wzroku trzeba ścienić (sprawić, żeby szkła były cieńsze) szkła, bo w innym wypadku będą one źle wyglądały. Dodatkowy koszt do podstawowej ceny szkieł – 120 zł.

Potem orientuję się w temacie, dzielę się również swoimi przemyśleniami z kilkorgiem znajomych i teściową. Większość zgodnie sugeruje, by umówić się na wizytę do prawdziwego okulisty i upewnić w tym, co określiły badania w optyku. Brzmi to sensownie, zwłaszcza że chwilę wcześniej słyszę, że ci specjaliści w sieciówkach to tacy okuliści jak z koziej dupy trąba. Nie umawiam wizyty na nfz, z obawy przed tym, że okres oczekiwania na nią może jeszcze bardziej pogłębić, i tak już okrutnie dużą, wadę. Wybieram prywatnego lekarza. I liczę na to, że utwierdzi mnie w zaleceniach z optyka, bądź wyprowadzi z błędu. Chcę wiedzieć!

To jedne z niewielu sytuacji, kiedy uświadamiasz sobie, że wiesz, że nic nie wiesz. Kiedyś bowiem przyjdzie mi rodzic dziecko i znowu będę musiała ufać specjalistom, których spotkam po drodze. Nawet teraz mam w głowie zagwozdkę, której nie potrafię zweryfikować, a w której od lat byłam utwierdzana. Mianowicie: jeśli kobieta ma dużą wadę wzroku, nie powinna rodzić dziecka naturalnie, bo może to spowodować pogłębienie się wady wzroku. I byłoby wszystko w porządku, gdyby nie fakt, że oto dziś słyszę, że to mit. Kolegę zapewnił w ten sposób okulista. Podobno jeden z najlepszych w Białymstoku. FAK!

LEKARZ PRYWATNY ZA STÓWKĘ PRAWDĘ CI POWIE

Prywatni lekarze mówią, że nie można ufać lekarzom publicznej służby zdrowia, bo dla nich nie liczy się człowiek i jego komfort. Brzmi to zupełnie zasadnie i chce się tej teorii wierzyć, ale zaraz potem myślisz sobie: cholera, gdybym był prywatnym lekarzem, pewnie gadałbym podobnie. To jest logiczne, w końcu istnieje niewielka liczba argumentów, które przekonają przeciętnego Kowalskiego, że lepiej zabulić za badania, niż nie. Poza tym jest lekarz prywatny i lekarz prywatny i każdy z nich może mówić coś zupełnie innego. I komu bardziej wierzyć?

Może pójść do trzeciego i się upewnić?

Wiecie, to nie są sytuacje, z których się nie da wyjść. Jak trzeba będzie to i do 10 specjalistów się wybierzemy, żeby potwierdzić swoje obawy albo raz na zawsze je wyeliminować. Tylko, że ta perspektywa jest straszna. Przeraża mnie, że coraz mniejszej ilości rzeczy możemy być pewni. Przeraża mnie, że idziesz do lekarza, który zjebuje Cię za coś, co zrobić polecił Ci inny lekarz. Co to w ogóle jest? Ja jestem mięczak w dziedzinie medycyny, nie znam się na tym, mam prawo się nie znać. Od tego jest ktoś, kto latami przygotowywał się do zawodu, kto otrzymał dyplomy potwierdzające umiejętności.

Tymczasem żyjemy w czasach, kiedy przeciętny Kowalski weryfikuje wiedzę otrzymaną od lekarza w sieci, zamiast czynić odwrotnie.

Straszne.

Cho na facebook!

zdjęcie: Thomas Hawk

1,288 total views, 6 views today

  • To tym dentystą mnie przeraziłaś… Powinnam zmienić?…

    • nic poza – idź do kogoś innego, żeby się utwierdzić w tym, że wszystko jest ok – Ci nie powiem :)