Wspólne konto po ślubie? Dlaczego nie?

– Kochanie, kupiłam Ci prezent! (za Twoje pieniądze)

Nieustannie dziwi mnie fakt, że małżeństwa decydują się trzymanie wszystkich pieniędzy na jednym koncie.
Wspólnym konie.

Próbowałam to rozgryźć, bo wychodzę z założenia, że ludzie z reguły chcą ułatwiać sobie życie, a nie je utrudniać. Musi więc być w tym jakaś głębsza logika. Analizowałam, rozpisałam sobie w tabeli (tfu… w głowie) korzyści i szkody wynikające z takiego – w moim odczuciu – irracjonalnego pomysłu. I poległam.
Nie byłam w stanie wskazać ani jednej zalety posiadania jednego wspólnego konta.

No dobra… jest jedna sytuacja, kiedy dopuszczałabym takie rozwiązanie po ślubie – kiedy jedno z małżonków nie ma stałego przychodu. Wtedy ok. W każdym innym przypadku natomiast nie widzę sensu. Logiki brak.

Najśmieszniejszy żart na świecie!

To tak, jakbyśmy się cofnęli do czasów, kiedy nie zarabialiśmy własnych pieniędzy i każde wyjście do kina, zakup nowego ciuchu czy imprezę ze znajomymi, musieliśmy konsultować z rodzicami. Przecież jako dzieciaki marzyliśmy o tym, by mieć w końcu własną forsę i móc nią zarządzać. Bez pytania kogokolwiek o pozwolenie.

W przypadku ograniczania się do jednego konta, siebie nawzajem czynimy kimś w rodzaju rodziców.
Chcesz sobie kupić sukienkę, konsultujesz to z mężem. On ma ochotę na wypad z kumplami na piwo, sugerujesz, by nie przesadził z ilością – nie ze względu na jego dobro, a fakt, że to piwo to również Twój koszt. Sprawdzasz więc za chwilę wspólne konto i widzisz, że przesadził. O co najmniej 3 piwa. Walczysz więc ze sobą, by mu nie nagadać.

Ostatecznie się powstrzymujesz. Twój wewnętrzny głos przekonuje Cię, że nie ma co z pierdoły robić dramatu. W końcu każdemu z Was należy się coś od życia. Ty kupujesz ciuchy, to on niech pije. Zresztą, dwa dni temu, jak sama z Baśką zaszalałaś na babskim wieczorze, on tylko burknął pod nosem: WIDZIAŁEM, że się dobrze bawiłaś i odpuścił. Nie bądź zołzą, Ciotka! Zachowaj nerwy na później. 

I przychodzi później. W drzwiach stoi on – z kwiatami w jednej dłoni i małym pakunkiem z logo Apartu w drugiej. Wasza rocznica. Ja pieprzę – pierwsza myśl. Ile on wydał forsy? – druga.
– jest coś jeszcze… – rzuca szarmancko. – zajrzyj do sypialni.
Na waszym wspólnym łożu leży piękna bielizna. Masz ochotę pisnąć z zachwytu, ale powstrzymuje Cię myśl, że sama za to zapłaciłaś. Twój wewnętrzny głos zakłada ręce na piersiach, wymownie tupie nóżką i z pełnym pogardy głosem kwituje:


– niezła, ale przyznaj, że gdybyś ją kupiła sama, wyjebałabyś te komiczne falbanki. Co to w ogóle jest?
– możliwe. Ale tu nie o falbanki chodzi, a o gest!
– niezły gest – za Twoją forsę…
– Kocha mnie!
– na pewno… ciekawe jak bardzo.

Chwilę później jesteś zalogowana na Waszym wspólnym koncie internetowym i modlisz się w duchu, żeby nie kochał Cię za bardzo…

Podczas gdy normalnie przecież nie posiadałabyś się z radości, że Twój mąż – mężczyzna Twojego życia – W DALSZYM ciągu sprawia Ci drogie prezenty, że Cię adoruje, podczas gdy mężowie Twoich kumpeli już dawno przestali. Na babskich spendach byłabyś jedną z tych lasek, które siedzą cicho w trakcie ogólnego hejtu na facetów, bo nie miałabyś powodów do narzekania.

Zarabiam więcej – mam prawo więcej wydawać!

No ale dobra – przyjmijmy, że poradziliśmy sobie z problemem (nie wierzę, że używam tego słowa) drogich prezentów i wydawaniem pieniędzy na prywatne sprawy. Nie jest to sytuacja bez możliwości rozwiązania. W końcu małżeństwo to sztuka kompromisów.
Ale nawet jeżeli miałeś jakieś kontrargumenty do tego etapu, to teraz roztrzaskam je w drobny mak.

Przychody.

Już słyszę w myślach pretensjonalny ton głosu mojej kumpeli: małżeństwo to jedno ciało. Jeżeli dwoje ludzi trafia na przeszkody, powinni sobie z nimi radzić razem. Tu nie powinno być kalkulacji; analizowania tego, co się opłaca. 

Tego typu słowa może wypowiedzieć tylko osoba, która zarabia więcej. W każdym innym przypadku to pusta gadanina. Nie wierzę w jej głębię.

Teoretycznie więc jeżeli zarabiam więcej, powinnam móc wydawać więcej. Teoretycznie, bo praktycznie co moje, to Twoje, a co Twoje, to Twoje. Wyobraź sobie, że masz małe dziecko, które się w coś angażuje, robi więcej niż wszyscy w klasie, czasami nie śpi po nocach, a finalnie otrzymuje od nauczycielki polecenie: no, a teraz Jasiu podziel się z innymi swoją nagrodą. Nie no fajnie, taka postawa uczy pewnych wartości. Ale przecież oboje wiemy, że to jest mega niesprawiedliwe.

Wiem, że rodzina to nie leniwy kolega z klasy. Rodzinę trzeba wspierać, stanowić jej część. Ale nie możemy popadać w skrajności. Bo czym innym jest wspieranie się, a czym innym wydawanie pieniędzy małżonka na prywatne potrzeby.

Takie proste i takie nieinwazyjne rozwiązanie sytuacji

Wspólne konto po ślubie ma sens, wyłącznie pod warunkiem, że obok tego mamy jeszcze dwa inne. Ja swoje i mój mąż swoje. Tak, bym mogła się cieszyć, gdy w prezencie urodzinowym podaruje mi weekend w spa. I żeby on czuł radość na widok mojego nowego ciuszku. Byśmy nie frustrowali się wydawaniem przez partnera pieniędzy na rzeczy, których nie potrzebujemy.

Wspólne konto po ślubie byłoby zasilane procentem z przychodów każdego z nas. Stanowiło by punkt wyjścia w przypadku planowania wspólnych podróży; zakupów rodzinnych czy nieprzewidzianych wspólnych wydatków. Byłoby naszym budżetem RODZINNYM, a nie prywatnym.

Tak proste i tak, w swojej prostocie, genialne rozwiązanie.

3,053 total views, 4 views today

  • Wydaje mi się, że wiele zależy od podejścia obu stron do tej kwestii. My od początku małżeństwa mamy wspólne konto. Przez te trzy lata było różnie z naszymi dochodami. Nigdy nie miałam pokusy, żeby sprawdzić, ile mąż wydał na prezent dla mnie ani na piwo z kumplami. Z tego, co wiem, on też mnie nie sprawdzał. Z resztą, kiedy wywiązuje się rozmowa na temat wspólnego czy osobnego konta, on jest wielkim obrońcą wspólnego konta (chociaż on więcej zarabia).
    Kiedy chcemy sobie coś kupić, faktycznie informujemy o tym drugą osobę. Gdybyśmy mieli dwa konta, też myślę, że mówiłabym mu, że coś kupiłam/chcę kupić. Miałabym poczucie, że wydaję pieniądze, które są jednak wspólne. Dla nas wspólne konto ma sens.
    W naszym związku to się sprawdza, ale wiem, że nie u wszystkich taki system by zadziałał.

    • Monika Raciborska

      U mnie dokładnie ta sama sytuacja. Mąż zarabia więcej, ale jest też bardzo zadowolony ze wspólnego konta ;). Nie pamiętam od kogo to wyszło, żeby pieniądze trzymać na wspólnym koncie po ślubie ale tak po prostu wyszło i oboje jesteśmy z tego bardzo zadowoleni.
      Co z tego, że ma podgląd do tego ile i na co wydaję. Nigdy nie robił mi wyrzutów więc sądzę, że nawet nie sprawdza (chociaż codziennie dostaje wykaz z konta ;) )

      Jak dla mnie autorka tekstu trochę za agresywnie podchodzi do sprawy wspólnego konta. Że po co, że jak to w ogóle ma się sprawdzić. Nie bierze pod uwagę tego, że jak dwoje ludzie naprawdę bezgranicznie sobie ufa, są przyjaciółmi, którzy skoczą za sobą w ogień to takie rzeczy nie mają większego znaczenia. Nie rozumiem jak mogłabym trzymać swoje pieniądze na własnym koncie i kupować sobie jakieś rzeczy i płacić za nie z mojego prywatnego konta. Po ślubie takie rzeczy stają się wspólne (oczywiście nie mówię, że mąż ma chodzić w moim staniku ;) nie aż tak wspólne).

      Poza tym jak autorka widzi wkład do wspólnego budżetu jak jedna osoba zarabia 4tys a druga 1,5tys ? Obie mają wkładać do wspólnej kasy po tysiąc złotych? Czy procentowo do zarobków, czy jak? Ja z kolei nie rozumiem trzymania pieniędzy na różnych kontach.

      • Monika, nie wiem czy mój tekst przeczytałaś uważnie.
        Wspólne konto ma sens i warto go mieć. My też będziemy mieli. Ale obok tego oboje chcemy mieć konto z pieniędzmi „prywatnymi”. Można sobie ufać bezgranicznie i wskakiwać razem w ogień, ale czy to znaczy, że w małżeństwie nie można pozostawić tej przestrzeni prywatnej, w którą nikt, nawet mąż / żona się nie miesza?

        Jak wielki procent będziemy przeznaczać na wspólne konto? Nie wiem. Będziemy eksperymentować, uczyć się tych wydatków i wspólnych potrzeb.

        • Monika Raciborska

          Przeczytałam od deski do deski, może też się nie do końca wysłowiłam z tym, co chciałam powiedzieć. Tyle co mogę powiedzieć z własnego doświadczenia to to, że w żaden sposób nie czuję się kontrolowana z tym, co kupuję (być może to też dlatego, że nie miałam jeszcze nagłej potrzeby kupienia super zajebiście ładnych ale niewygodnych i niepotrzebnych butów za 400zł :D). Nie rozumiem potrzeby posiadania osobnych kont na prywatne wydatki, bo w małżeństwie takich nie widzę. Jak ja chcę coś sobie kupić to kupuję, jak mąż chce to też kupuje. Przy czym jak któreś z nas chce kupić np. kartę graficzną do kompa ;) to wspomina drugiemu o tym bo w sumie dlaczego nie. Zrobiłabym dokładnie to samo gdybym miała osobne, prywatne konto.

          Ale jest tak, jak Adam powiedział. Ile osób, tyle podejść i każdy ma robić jak mu będzie wygodniej. Ja tam w portfel nie mam zamiaru nikomu zaglądać ;) Ja mam wrażenie, że wspólne konto ze wszystkimi środkami (w naszym wypadku) to strzał w dziesiątkę.

      • Adam Mocarski

        Fajnie, ze Wam sie tak uklada ☺Wiele ludzi, wiele podejść. Gdybym to ja był tą osobą co zarabia mało, wspólne konto byłoby dla mnie jak odebranie stymulatora do rozwoju.

  • Izabelka

    hm, czyli każdy robi zakupy spożywcze ZA SWOJE? :)

    my mamy wspólne i jest w porządku :)

    • Nie. Bo dokładnie napisałam ze do tego celu służy konto wspólne, które funkcjonuje obok kont prywatnych.

  • Izabelka

    zgadzam się :)

  • Kwestia finansów, to sprawa bardzo delikatna. Można mieć własne konta i nieustające kłótnie op kasę, a można mieć wspólne i się świetnie dogadywać.
    W małżeństwie sprawa jest prosta, nie am własnej kasy, są wspólne pieniądze, z których każdy może korzystać i tyle.

    Wnioskuje, że nigdy z nikim konta nie dzieliłaś, więc średnio wiesz o czym mówisz. Cały tekst opiera się na domysłach.

  • Adam Mocarski

    W końcu już nie wiem. Najpierw stwierdzasz ze jesteście przeciętni, a później, ze zarabiacie dobrze. Każdy ma własny tryb życia i potrzeby. Nie trzeba przeciez od razu rozwalac pieniędzy z konta prywatnego ☺ Polecam tekst o zarządzaniu pieniędzmi na różnych kontach.

  • Meipu

    Nie wyobrażam sobie oddzielnego konta. Nie muszę, mają je znajomi … On kupił sobie auto za 10 000, ona jeździ zdezelowanym za 1000. Co sobota w domu kłótnie, bo dziś ty robisz zakupy, albo ty, ja wydałam ostatnio, ty nie kupujesz tego co ja chcę, a ty pod siebie … . Spotykamy się na kawie i ona psioczy bo on jeszcze prądu nie opłacił, to ona mu złośliwie internetu ie zapłaciła i mu zblokowało, to może prąd zapłaci, ale nie przez neta bo jechać będzie musiał … . Wojna wielka ostatnio, bo on dzieciom na książki nie dał, i czemu ma ona skoro dzieci wspólne, a on więcej zarabia to ona nie będzie im kupować i … nie nie i nie.

    Mamy wspólną rodzinę, wspólne dzieci, wspólne rachunki, mieszkanie wspólne i wspólne auto … i nie wyobrażam sobie, byśmy mogli zrobić inaczej. Nie widzę w tym sensu. Jak dostaję prezent, to się z niego cieszę. Nie przeliczam, bo po co? Wiem, że był dany przy uwzględnieniu naszej sytuacji i to jest ok. Jak chcę mężowi zrobić prezent ekstra, to zbieram po cichu gotówkę i tak kupuję, by nie znał dnia ani godziny i wiem, że on robi tak samo. Nie rozliczamy się z tego, kto ile z konta wypłacił. Wypłacił, znaczy potrzebował. I wchodząc na konto zawsze wiem, ile wynosi nasz rodzinny budżet i na jakie szaleństwa mogę/możemy w tym miesiącu sobie pozwolić.

    • Czytając niektóre komentarze, zastanawiam się, czy czytacie Panie cały tekst, czy tylko jego pierwszą część :)

      To, o czym mówisz w pierwszej części komentarza to są WSPÓLNE wydatki (rodzinne wydatki) a więc płacę za nie korzystając ze wspólnego konta, które z przyszłym mężem planujemy mieć! Mówiąc o kontach prywatnych miałam na myśli takie wydatki, które zupełnie nie są związane z RODZINNYMI kosztami, a moimi prywatnymi – jako kobiety oraz prezentami, które chciałabym sprawiać mojemu mężowi. Tyle.

      • Meipu

        Niby tak, ale dla mnie to jak wydzielanie kieszonkowego :D Dużo bardziej kojarzy mi się z ograniczeniami, niż wspólne konto i wydatki według potrzeb. Bo jednak określona cześć idzie na konto rodziny a reszta, … no na prawdę kojarzy mi się z kieszonkowym. „Byłam grzeczna ,dostałam premię to mogę kupić sobie coś ekstra. Lub w drugą stronę, nie dostałam premii, albo miałam gorszy miesiąc i teraz nie mogę kupić sobie … „;) No tak to widzę.

        Ale domyślam się, że takie zachowania są w dużej mierze wynoszone z domu. Moi rodzice od ślubu mieli i wciąż mają wspólną kasę. Nie odkładają kasy na swoje prywatne potrzeby, bo jeśli coś jest potrzebne to trzeba to kupić, a jeśli nie jest potrzebne lecz pożądane, to jeśli jest taka możliwość, i tak było kupowane. Znajoma znów nie wie, jak odnajduję się w takim systemie, ale jej rodzice mają każdy swoje konto (niestety też bez części wspólnej) i ona kontynuuje tą „tradycję”.

        • Ależ absolutnie nie miałoby to przypominać kieszonkowego. Odsyłam Cię do mojego tekstu, w którym opowiadam o selekcjonowaniu wydatków – http://www.okularnica.com/subkonta/, bo sporo jest podobieństw w tym, jak w tej chwili gospodaruję pieniądze, do tego, jak chciałabym by wyglądało to w przyszłości. Warto poczytać :)

          • Wszystko ładnie i pięknie ale to jest możliwe tylko gdy zarabiacie oboje dosyć dobrze bo jeśli jest inaczej to tak naprawdę liczycie się z każdym groszem
            Wszystko zależy od ekonomi rodzinnej jaką zamierzacie prowadzić ale jak patrzę dookoła to sprawdza sie najlepiej wspólne konto gdzie nikt o nic nie żebra, bo ludzi kochają się i ufają sobie i przede wszystkim wiedzą na co sobie mogą pozwolić, bo ze sobą rozmawiają. Nie mam problemów z kupowaniem prezentów mojemu facetowi ani on tez nie ma i nawet jeśli któreś z nas chciałoby sprawdzić ile ten prezent kosztował to nie ma to dla nas znaczenia. Robimy sobie niespodzianki a dlaczego (?) , bo nas na to stać a nie bo mamy osobne lub wspólne konto. Wspólne pozwala nam popłacić wszystko co musimy, odłożyć na to co zbieramy , odłożyć na wspólny wikt i opierunek i na sam koniec pozwala nam dokładnie policzyć to co nam zostanie na prezenty, niespodzianki i sama jeszcze nie wiem co :) Pracujemy i znosimy do jednego miejsca i nie są to tylko pieniądze :)

          • Anna – a ja myślę, że to jest kwestia konkretnych ludzi. Zobacz – kwestii, których poruszamy nie da się ocenić w kategoriach: dobra metoda/zła metoda. To błędne założenie. Powinniśmy myśleć inaczej – taka, która się sprawdza w konkretnym przypadku i taka która się nie sprawdza.

            Ja co prawda jeszcze nie mam doświadczeń na tym polu, ale głęboko wierzę, że jedno konto wspólne i dwa prywatne w konkretnie naszym przypadku się sprawdzą. I tu nie ma już co siebie nawzajem przekonywać.

            Nie zgadzam się z tym, że tylko ludzie zamożni mogą funkcjonować wg sposobu, który przedstawiłam, bo mam – nawet wśród najbliższej rodziny – przykłady ludzi średnio zamożnych, którzy żyją tak od lat i finansowo mają się całkiem nieźle :) – w sensie: dają radę.

          • Nie upieram sie przy swoim absolutnie nie twierdzę że to konto prywatne dla każdego to coś złego ale tak naprawdę nie wiem po to miała bym je mieć skoro mam dostęp do naszych wspólnych pieniędzy z których korzystamy razem , razem planujemy wyjścia i wypady , impry i wakacje i razem chodzimy na zakupy bo liczymy się ze sowim zdaniem i naprawdę nie wiem czemu miałoby służyć to prywatne konto , Co innego gdybym miała jakiś problem z facetem czy on ze mną że może uważalibyśmy nawzajem że za dużo na siebie wydajemy ….nie wiem Tak naprawdę to te dodatkowe konto czuje, że ograniczałoby mnie niczym kieszonkowe
            Sory ale nie czuje tego

          • Ależ Ania – nie musisz. Właśnie to jest najlepsze. Każdy ma swój pomysł na życie i tego się trzymajmy. Ja nie zachęcam nikogo do mojego pomysłu, po prostu dziwi mnie, że ktoś może myśleć inaczej. Ale szanuję to i rozumiem :)

      • Tak naprawdę to czy będziecie mieli prywatne konta czy nie nie ma znaczenia. Ważne czy będziecie mieli pieniądze bo jak sie je ma to i bez prywatnych kont robi się prezenty itp w ilości leży tu moc działania a nie w tym skąd się weźmie kasę :) ale zasadniczo pomysł nie jest zły i jeśli się sprawdzi i nie będzie kłótni typu dzisiaj ty płacisz , a właśnie że nie , bo ty…..to czemu by nie spróbować :)

        • Anna – czy Ty naprawdę w dalszym ciągu nie rozumiesz tekstu, który komentujesz? Skąd pomysł, że mogłyby się pojawić kłótnie pod tytułem: dzisiaj Ty płacisz?? Przecież celowo wyróżniłam komentarz, żeby była jasność, że takich problemów nie będzie, bo od wspólnych wydatków jest wspólne konto.

          • Ok mam pytanie w takim razie czy wyjście do lokalu na kolację opłacane jest ze wspólnego czy z tego koto zaprasza ?

          • To zależy od kontekstu. Jeżeli oboje mielibyśmy ochotę zjeść coś na mieście, bez jakichś specjalnych okazji, a zaprasza mnie mąż – myślę, że skorzystalibyśmy z konta wspólnego. Jeżeli wspólna kolacja miałaby podtekst randki, płaciłaby osoba, która zaprasza.

          • Czyli przed wyjściem najpierw ustalamy jaki ono ma charakter albo jak już będzie rachunek.
            Do tego jeśli wyjście miałoby charakter randki i płaci osoba, która zaprasza to przydałby sie grafik.
            Uskrajniam to specjalnie, bo tak się składa, że mam też przykład z pierwszej ręki gdzie nasze , twoje i moje się nie sprawdza i kończy mimo wszystko sprzeczkami i wypominkami. Teraz jeszcze jeden punkt w którym zapewne chodzi o sprawiedliwie to nie znaczy po równo. Piszesz, że konto wspólne tworzone będzie z procentów od waszych wypłat . Więc mam pytanie czy procent będzie ten sam dla obu wypłat mimo różnic w wypłacie czy może będzie adekwatny do kwoty wypłaty ?

          • Z całym szacunkiem do Ciebie, ale to jak się będziemy rozliczali, to nasza prywatna sprawa niech tak pozostanie. Skończmy tę dyskusję, bo od początku, mam wrażenie, próbujesz mi udowodnić, że myśląc tak, jak myślę, nie mam racji, a to już mnie z kolei zaczyna wnerwiać.

            Ja szanuję, że masz ze swoim ‚nie-mężem’ wspólne konto, Ty uszanuj mój punkt widzenia.

          • Świat Według Kobiety

            Ula napisałaś ten post więc nie mogę inaczej pisać bo odnoszę się do tego co napisałaś i nie chodzi o wykazanie, że ja mam rację czy Ty masz rację tylko próbuje znaleźć za i przeciw w temacie przez ciebie poruszonym i jest to forma jakiejś dyskusji a nie kłócenia się. Widzę jednak, że to Ty od początku masz problem z tym, że inni mają inne zdanie od Ciebie. Myślałam ze skoro piszesz ten psot to można wyrazić swoje zdanie pod nim formie komentarza ale widzę że nie można chyba że miałby ty być komentarz zgodny z twoimi oczekiwaniami. Jeśli ten system jest taki dobry to go obroń argumentami a nie niegrzecznym zachowaniem wobec komentujących .

            Przepraszam że w ogóle się odezwałam

          • Ania, wyluzuj.

            1. Nie jestem złośliwa. Cały czas zwracam się do Ciebie z szacunkiem.
            2. Nie odpowiedziałam na Twoje pytanie, bo nie wiem jeszcze dokładnie jak będzie wyglądało gospodarowanie pieniędzy w naszym małżeństwie – jak już raz, pod pytaniem jednej dziewczyny, powiedziałam. Będziemy eksperymentowali z tym, co się u nas sprawdza i testowali różne opcje.
            3. Ania, mówisz o próbie przekonania i obronie swoich argumentów, a ja tego po prostu nie chcę robić. Bo mi nie zależy na tym, żeby ktokolwiek z Was funkcjonował w taki sposób.
            4. Napisałam ten tekst, bo na blogu opisuję rzeczywistość, która mnie dotyczy – możesz to komentować, ale ja mogę nie chcieć odpowiadać na Twoje pytania.
            5. W dyskusji z Tobą od początku nie ma nici porozumienia. Po prostu każda z nas ma zupełnie inny sposób myślenia (żaden nie jest lepszy od drugiego). Nie chce mi się już dyskutować na ten temat, bo to nie ma sensu. Po prostu.
            6. Nie miałam zamiaru Cię urazić i jeżeli tak się poczułaś, to przepraszam.

          • To ja bardzo przepraszam :)

          • Świat Według Kobiety

            Ula i jeszcze jedno skoro to takie prywatne to po co wstawiasz ten temat w formie postu gdzie każdy może wyrazić swoje zdanie i zadać dodatkowe pytania( nie dla tego że jest wścibski ) tylko by się przekonać do tego co piszesz lub nie.
            Jest mi naprawdę przykro, że tak mnie potraktowałaś :( Możesz spokojnie nie generować moich komentarzy, a nawet usunąć te które już są, bo nie są zgodne z tym co mówisz na ten temat .

            I nie zarzucaj wszystkim, że czytają bez zrozumienia twój post, bo komentarze też trzeba czytać ze zrozumieniem.

  • Ula

    Ale mnie zagięłaś, jeszcze o tym nie myślałam, a nawet nie myśleliśmy ;) Na razie każdy ma swoje, różnie zarabiamy, ale wydatkami dzielimy się na pół (od półtora roku mieszkamy razem). Taki układ nam pasuje. Ale jak to będzie po ślubie, jak będą dzieci i większe wydatki? Może wspólne konto byłoby łatwiejszym rozwiązaniem…. Taką decyzję musimy podjąć razem, trzeba będzie pogadać :)

  • Nosz kurde! Trafiłaś w sedno! (jak to często bywa zresztą;)) Nie wyobrażam sobie nie mieć swojej, osobistej, zupełnie autonomicznej kasy. Jestem takim dusigroszem, że jeśli miałabym dostawać prezenty kupione po części z własnych pieniędzy, to dzięki bardzo, z żadnego bym się nie cieszyła. Poza tym lubię zrobić sobie czasem dokładny budżet, a nie mam ochoty wnikać, ile mój luby wydał i na co. My mamy dwa osobne konta plus portfel na prowadzenie domu, gdzie jest wspólna zrzuta, plus oszczędności, każdy swoje. Nie sądzę, żeby po ewentualnym ślubie cokolwiek się miało zmienić, bo to po prostu działa. Moi rodzice mieli taki sam model. To, że jestem czyjąś żoną nie oznacza, że od tej pory mamy mieć wszystko wspólne, nawet majtki i skarpetki. Ludzie dążący do utraty własnego ja prędzej czy później źle na tym wychodzą :p

  • Ewelina

    Bardzi mi się podoba to, co napisałaś. Swojego czasu sama dużo myślałam na ten temat i doszłam do tych samych wniosków. W związku ludzie powinni być przede wszystkim dla siebie. Powinni być przyjaciółmi i kochankami. Wychodzę z założenia, że mój mąż (gdy już się pojawi :)) będzie patetycznie mówiąc moim uzupełnieniem i powierzycielem wszystkich sekretów. ALE w tym całym romantycznym i trochę infantylnym myśleniu uważam, że w związku musi zostać jakaś indywidualność i niezależność m.in. także w kwesti finansowej. Nie potrafiłabym żyć za czyjeś pieniądze, uwiesić się na mężczyźnie. Straciłabym do siebie szacunek. Z drugiej strony mieć oddzielne konta i żyć jak dwie obce osoby to też nie wchodzi w rachubę, bo co wtedy z poczuciem współzależności. Tak więc Twoje rozwiązanie jest kompromisem w tym wszystkim. Z jednej strony niezależność i i brak wykorzystywania, a z drugiej strony poczucie, że nie jest się samym w tworzeniu wspólnego życia. Czyli jednym zdaniem: wspolne konto na dom, wspolne zainteresowania, wycieczki, nawet na nieplanowane wydatki, gdyby komuś zabrakło kasy, ale odddzielne konto na błachostki tylko dla danej strony w związku i na babskie wyjścia i na męskie wyjazdy.

  • Chyba się nie zgodzę. Mamy wspólne konto i sprawdza się to u nas świetnie. NIGDY żadne z nas nie sprawdza historii transakcji – ile kto wydał. Gdyby któreś z nas przeginało z wydatkami na pierdoły (jak wyżej piwo czy sukienka) i to wpędzałoby nas w kłopoty finansowe, to na pewno druga strona zaczęłaby oponować. Ale na chwilę obecną nie zaglądam Mężowi w stan konta po każdym wyjściu z kumplami ani nie muszę kłamać, że sukienka kosztowała 50, a nie 150 zł. Ponadto gdy kupujemy sobie prezenty, nie czuję, że sama za nie zapłaciłam, bo w końcu On ma swój wkład w konto, więc niejako są to Jego pieniądze. Wydaje mi się jednak, że jest to kwestią podejścia w związku ;-)

    • Zgadzam się. I absolutnie nie twierdzę, że ja znam patent na udany układ, bo jsteśmy na tyle różni, że nie ma mowy o zakładaniu jednego scenariusza dla wszystkich. Ja sobie nie wyobrażam nie posiadania oddzielnych kont (obok głównego), ale nie musi to być rozwiązanie najlepsze. :)

  • Po ślubie jestem 17 lat i nigdy nie było problemu z pieniędzmi i wydawaniem ich na pierdoły, przyjemności itp. Dla mnie osobiście dziwną sprawą jest posiadanie 3 kont i utrzymywanie ich tylko dlatego że … no właśnie, że nie rozumiemy potrzeb drugiej strony? :) :)

  • Wg mnie wniosek z tego taki, że wszystko zależy, jak napisała Ewa Olborska, od podejścia. My na początku mieliśmy osobne konta i się to nie sprawdziło. Założyliśmy więc wspólne i jest ok! Zapraszam przy okazji na wpis http://niedoskonalazona.blogspot.com/2016/04/wspolne-dobro-wspolne-konto.html
    I dzięki Ewa Olborska za polecenie „Okularnicy” w jednym z wpisów ;)

    • Rozgość się Żono Niedoskonała! :)

  • Mamy wspólne konto, oprócz tego każdy ma swoje. Ze wspólnego płacimy za wspólne rzeczy, czyli jedzenie, samochód, czas spędzany razem – kino, restauracje. System idealny :) W ten sposób nie gubimy się w tym kto ostatnio płacił za zakupy, ale też możemy sobie nawzajem robić niespodzianki. Mamy dobrą kontrolę nad finansami. Polecam to rozwiązanie.

    • No i pjona! U nas też się sprawdza :)

  • vivi

    Stary temat, ale….BARDZO nie podoba mi się stwierdzenie więcej zarabiam=mam prawo więcej wydać. Wkład w małżeństwo i rodzinę to nie tylko przynoszenie kasy do domu. Dotyczy to, nie czarujmy się głównie kobiet zasuwających z masą monotonnej, codzienniej i nieodpłatnej pracy domowej. Dla mnie podział jaki proponujesz jest ok tylko w jednej wersji:
    jedna pensja+druga pensja=nasze środki.
    Z tego-wszystkie opłaty domowe, jak damy radę to oszczędności i fundusz wakacyjny.
    Reszta na pół i na prywatne konta.

    • vivi, dzięki za Twój komentarz:) zdaję sobie sprawę, że podejście, ktore proponuje nie jest podejściem typowym i może budzić różne negatywne emocje. Natomiast powtórzę jeszcze raz, to co wiele razy z mojej strony tu padało: takie podejście bardzo dobrze sprawdza się w moim małżeństwie i je sobie chwalę. Wiem, że nie u wszystkich zadziała i że wielu ludzi uzna je za nieodpowiednie.